Bardzo lubię salony z aneksami kuchennymi. Może dlatego, że nie znoszę siedzieć w kuchni. Już na samą myśl, że mam się w niej pojawić robi mi się słabo jak przed końcem miesiąca, gdy trzeba sprawdzić stan konta, a jak dodam do tego jeszcze fakt, że ta kuchnia jest w zupełnie innym pomieszczeniu, to przysiegam, odczuwam fizyczny ból, że będę zmuszona odciąć się od reszty mieszkania i spędzić w samotności minuty, których już nigdy nie odzyskam, w pomieszczeniu, które jest dla mnie niczym cela w więzieniu o zaostrzonym rygorze gdzieś daleko w Ameryce Południowej. Niby Ameryka, niby “zagranico”, ale jednak nie do końca ma się ochotę.  moja frustracja osiąga natomiast punkt kulminacyjny, gdy słyszę, że otwarte na kuchnie salony są złe, bo jak przychodzą goście, to widzą bałagan podczas gotowania, a jak ma się kuchnię zamkniętą, to przecież na spokojnie można się tam udać i w wewnętrznej harmonii przygotować strawę dla naszych gości. C’mon, serio? Ja rozumiem, że każdy ma swoje racje, własne preferencje i potrzeby, ale czy naprawdę spoko jest znikać w kuchni, gdy przychodą do Ciebie goście? NAPRAWDĘ? Zawsze wydawało mi się, że jak goście do mnie przychodzą, to robią to dlatego, żeby wspólnie spędzić czas, a nie siedzieć w salonie, podczas gdy ja oddaje się kulinarnym przygodom zamknięta w pomieszczeniu gdzieś obok. Tak więc do zamkniętej kuchni nie przekona mnie nikt nigdy, aczkolwiek szanuję wybory innych, a przynajmniej się staram 😉

Ale nie o tym miało być w tym poście 😉 Tak więc, jak zwykle, do brzegu Kamila, do brzegu… No więc ja te otwarte na kuchnie salony uwielbiam, gdyby ktoś mi kazał umieścić je na liście uwielbień wszechczasów, to pewnie znalazłyby się gdzieś pomiędzy lodami z Vegestacji i czarnym kolorem, a więc bardzo wysoko. No ale przychodzą takie momenty (gdyby ktoś się nie domyślił, to ten moment jest właśnie tutaj), gdy ja te kuchnie lubię jakby mniej, a jest to wtedy, gdy inwestor pragnie odmiany, chce zmienić coś w mieszkaniiu, odświeżyć, złapać nową perspektywę, ale chce zmienić tylko salon, a kuchnia ma zostać w niezmienionym stanie lub ewentualnie zmienionym nieznacznie 😉

Ale że podobno nie ma rzeczy niemożliwych, a niektóre tylko wymagają od nas więcej uwagi, czasu i serca, to i tutaj udało się zadziałać i osiągnąć, mam nadzieję, bardzo fajny efekt 🙂

Najtrudniejsze było dopasowanie się do ciemnej podłogi, stołu i zabudowy kuchennej. Inwestorzy marzyli o jasnym i ciepłym mieszkaniu, a te dwa elementy już na starcie mocno tę jasność nam odbierały. Poradziłam sobie jednak i z nimi 😉

W salonie zmienił się uklad pomieszczenia, zamiast kanapy i dwóch foteli pojawił się duży jasny narożnik, dwa spore stoliki kawowe, jasny dywan i zasłony. Wnęka, która do tej pory była wypełniona półkami została zamieniona w scianę RTV- z zabudową biała i drewnianą. Między kuchnią a kącikiem jadalnianym stanęła wysoka przeszklona szafka/gablotka, która oddziela nam te dwie strefy od siebie, Do tego potężna biała komoda na wszystko, co niezbędne do ukrycia. Zamiast ciężkich, ciemnych i drewnianych krzeseł wstawiamy tapicerowane, jasne, które nadadzą lekkości i ożywią część jadalnianą. Ściany potraktujemy delikatnym odcieniem beżowego, a dla dodania koloru użyjemy przygaszonej zieleni.

W kuchni , do otwartych półek przy drzwiach dodajemy frontyw kolorze białym. Nad zlewem wisiała szafka z półprzezroczystym frontem, ktory też wymieniamy na biały. Zmienia się równiez blat- będzie z jasnego kamienia.

 

A Wam jak się podoba salon w odcieniach beżu? 🙂

Author

Write A Comment

Przypnij