Nie zgadniecie, gdzie mnie znowu wywiało. No dobra, jest w tytule, więc w sumie pewnie zgadniecie, że znowu na warszawską Wolę, a i kolejne projekty tam właśnie mi się szykują. Jeszcze trochę i sama się tam przeniosę, żeby mieć bliżej do roboty 😉 Ale do rzeczy… Natalia i Piotrek to super sympatyczne małżeństwo z przeuroczą Hanią, które w sumie od razu wiedziało, co im się podoba. No dobra, prawie wiedzieli 😉 Bo w ramach inspiracji dostałam inspiracje w stonowanych barwach, raczej delikatne, bez jakichś silnych akcentów. Poza jednym- cegłą. Cegła miała być między szafkami kuchennymi, no ale o tym za chwilę.

Ich salon z aneksem to ok 32m2. Kawałek jednak z niego zabraliśmy, żeby zrobić malutką pralnię i nie zagracać łazienki pralką i suszarką. Mamy osobne miejsce, w którym możemy (jak szaleć to szaleć) powiesić nawet tę znienawidzoną przez większość suszarkę sufitową 😀 i żadne niepowołane oczęta tego nie ujrzą. Co więcej można wejść tam zawsze (ja to robię w ramach relaksu, ale podobno to normalne dla każdego szopa pracza), bez konieczności czekania aż szanowny małżonek (lub też małżonka- mówi się, że istnieją związki, w których to mężczyzna robi pranie) skończy brać prysznic i wielkodusznie umożliwi nam wyciągnięcie z pralki całej jej zawartości.

No więc plan całego mieszkania (przed zmianami i przesunięciami) przedstawia się następująco:

My jednak zajmiemy się dzisiaj tylko tymi 32m2, ale nic się nie bójcie, łzy otrzyjcie, drgający podbródek powstrzymajcie, nosek wytrzyjcie, bo na dniach pojawi się reszta z tegoż planu. A że przyjemności należy sobie dozować, to dzisiaj trzeba zadowolić się częścią dzienną. Do sypialni przejdziemy jak troszkę lepiej się już poznamy.

No ale dobra, zaczynając od kuchni. Gdy pierwszy raz zobaczyłam jej plan, bałam się, że będzie bardziej kłopotliwa, że może nie do końca aż tak ustawna i tak duża, jak sama bym to widziała, ale czym więcej czasu z nią spędzałam, tym bardziej byłam przekonana, że zrobimy z niej kawał fajnego, przyjemnego, funkcjonalnego i cieszącego oko miejsca, w którym nawet takie osoby jak ja (a musicie wiedzieć, że na kuchnię i konieczność zrobienia w niej choćby kanapki reaguję wysypką, przyspieszonym oddechem i wewnętrznym przekonaniem, że właśnie przyszło mi umierać) będą chciały w niej posiedzieć nie tylko w roli pijącego wino/piwo/kawę/herbatę. Natalia spędza w kuchni sporo czasu, a więc pewnym było, że potrzeba w niej wielu szafek. blatu, nie najmniejszego zlewu. Nie chciałam robić standardowego układu z blatem pod oknem, bo zabudowa i tak wyszła pokaźna, a dzięki pozostawieniu swobodnego dostępu do okna, mamy poczucie znacznie większej przestrzeni, a i na estetyce pomieszczenie sporo zyskuje. Meble mamy w dwóch odcieniach szarości- ciemniejsze na ścianie vis a vis okna i jaśniejsze- wszystkie pozostałe. Ja od siebie dorzuciłam trochę miejsca na śniadania, no i tę upatrzoną cegłę, dla której jednak znalazłam trochę inne miejsce 😉 Różne opinie krążą o tym materiale położonym między szafkami przy zlewie i płycie i różne wersje tego, jak i czy w ogóle należy taką cegłę zabezpieczyć. Nam ten problem odpadł, bo postanowiłam, że dużo praktyczniej i ciekawiej będzie jeśli cegłę położymy na dwóch pozostałych widocznych w kuchni ścianach. A żeby nie było głupio i sztucznie, to, jako że ściana kuchenna graniczy z salonem, również i jemu oberwało się cegłą. Między szafki kuchenne trafiły natomiast moje ukochane płytki, których użyłam we własnej kuchni (tak, wiem- jestem wielkoduszna i mam ogromne serce), a które do cegły pasują wręcz idealnie i, moim skromnym zdaniem, najlepiej ze wszystkich.

No sami powiedzcie, czy to nie jest idealna para?

W salonie, oprócz szarego, całkiem sporego narożnika, szafki RTV i dwóch regałów na książki znalazło się tak naprawdę całkowicie wydzielone miejsce na część jadalnianą. Ciemnozieloną, z pazurem, gdzie kolor rozpędził się tak, że wlazł nam aż na sufit i do przedpokoju. Do tego dwa duże lustra w czarnych ramach i gwiazda pomieszczenia, czyli spory i rzucający się w oczy żyrandol nad pięknym, drewnianym stołem. Ale że nie samym szarym i zielonym człowiek żyje, a w życiu dobrze mieć trochę koloru, to dodaliśmy trochę pudrowego różu i złota. Miałam lekkie obawy, jak Piotrek zareaguje na te dwie ostatnie barwy, ale jak na prawdziwego faceta przystało, wziął to na klatę i kolory w pełni (a przynajmniej taka jest wersja Natalii) zaakceptował 😉

 

Endżoj! 🙂

Author

Write A Comment

Przypnij