Dzisiaj chciałam poruszyć temat, który wielu osobom na pewno spędza sen z powiek, sprawia, że człowiek nie jest w stanie jeść, pić, skupić się na czymkolwiek, widelcem nie trafia do ust, a włosy myje pastą do zębów, zamykając drzwi od auta, zanim jeszcze zdąży schować głowę. Najogólniej rzecz ujmując, nie jest w stanie funkcjonować bez uszczerbku na zdrowiu fizycznym i psychicznym, dopóki tego palącego dla świata problemu nie rozwiąże. To pytanie, które zadawali sobie najwięksi filozofowie tego świata, a równie wielcy fizycy nie byli im w stanie w tych udrękach ulżyć… Pewnie siedzicie i  obgryzając paznokcie z tych emocji, bo domyślacie się, o które wielkie zagadnienie chodzi i powiem Wam, że macie rację i właśnie dzisiaj postaramy się odpowiedzieć sobie i ulżyć tym samym całemu światu.. Tak więc, nie odwlekając tego już dłużej, bo od początku tych rozkminek sporo czasu upłynęło, a wielu nadwątliło swoje zdrowie,  odpowiedzmy sobie na pytanie- czy od czarnego do białego jest daleka droga? No i mogłoby się wydawać, że całkiem spora, że przecież dzień i noc, woda i ogień, Flip i Flap, Grace i Frankie,  a przynajmniej tak do tej pory myślałam ja, ale wystarczyło zrobić projekt dla Bożenki, żeby człowiek się nauczył, że nic bardziej mylnego, bo od białego do czarnego to, moi Mili, jest dosłownie rzut beretem, jak z Woli na na Bemowo, jak od Kargula do Pawlaka- no tylko przecież przez płot, no mówiąc najprościej- za miedzą.

I tak oto, dzięki jednej wizualizacji, deszcz ustał, a największa tajemnica wszechświata mogła w końcu ujrzeć światło dzienne.

A jak to się stało? Ano, prosto, szybko i całkiem w sumie (dla mnie) bezboleśnie, aczkolwiek z dość sporym zaskoczeniem, bo takiej rozbieżności jeszcze chyba nie doświadczyłam 😀 Bożenka przyszła do mnie z założeniem, że z jej salonu uda nam się wyczarować coś super, co na pewno będzie miało ciemny kolor, dużo ciemnego koloru, bo czarny to jedna z ich ulubionych barw. Miało być ciemno, stylowo, przy zachowaniu ich ciemnego stołu i krzeseł z żółtym obiciem, ale ze zmienionym układem funkcjonalnym pomieszczenia. No ale, ale.. zeby nie było tak łatwo i żeby wyjaśnić postawioną wyżej tezę, to muszę tu wspomnieć o tym, jak to z wnętrza ciemnego, czarnego, prawie że surowego i loftowego (bo w takiej wersji pierwotnie projekt przygotowałam) zrobiło nam się raczej jasno, klasycznie czy skandynawsko (cokolowiek, ktokolwiek pod tym pojęciem rozumie, a jak życie pokazuje, ze każdy rozumie coś innego 😉 ). Bożenka wraz ze swoim doradcą w postaci mamy spojrzała i stwierdziła, że fajnie, no ale może jednak szafka zamiast grafitowej to jednak jasna, zamiast tylu ciemnych ścian, to jednak mniej, zamiast czarnych lamp, to jednak jasne, zamiast dorzucenia jakiegoś żywego elementu kolorystycznego na fotel, to może fotel jednak szary, zamiast bordowej i czarnej witryny, to dajmy może białe? 😀 I bądź tu człowieku mądry 😀 Tak więc z ciemnego koloru, stylu prawie że loftowego został nam kawałek granatowej ściany i granatowy narożnik 😉 ale czego się nie robi, żeby człowiek czuł się dobrze w swoim domu jak najlepiej? Zanim podwinęłam ponownie rękawy i zabrałam się za “rozjaśnianie” wnętrza przypomniałam tylko nieśmiało Bożence, że mówiła od początku, że kolory maja ciemne, że miałam się wzorować trochę na swoim mieszkaniu, na co ona, z rozbrajającą szczerością i ogromem uroku stwierdziła, że “no tak, ja uwielbiam ciemne wnętrza, wyglądają pięknie, bardzo mi się podobają, ale chyba jednak nie chce takich u mnie” 😀 No więc jak już rękawy zakasałam, uśmiechnęłam się pod nosem, bo w końcu ciągle wszędzie powtarzają, że kobieta zmienną jest i nie należy o tym zapominać nawet na chwilę. Bożenka pomysłów na zmiany miała jeszcze trochę, jednak sensownymi argumentami udało mi się obie panie przekonać, że może nie do końca jest to najlepszy pomysł, zwłaszcza, jeśli salon ma się różnić od tego, co jest tam teraz 😉 i ma być trochę bardziej nowoczesny. Tu na szczęście (a przynajmniej taka mam nadzieję) wszyscy mi zaufali i zgodzili się na granatowe ściany, bordową witrynę na ich tle czy czarne, wyraźne, duże i mocno wyróżniające się oświetlenie w całym salonie. Sam układ funkcjonalny został bez zmian od pierwszej propozycji. Ale zanim o tym…

Muszę przyznać, że deweloper i tym razem niezbyt się popisał, jeśli o układ pomieszczeń chodzi. A dlaczego? No sami zobaczcie

Plan salonu

Nie trzeba chyba jakoś specjalnie wyjaśniać, jaką fantazją wykazał się deweloper, robiąc wejście do salonu dokładnie na wprost wejścia do mieszkania (tu należą się brawa. Co tam brawa w sumie, owacje i to na stojąco). Podłączenia TV umiejscowił na krótkiej ściance graniczącej z przedpokojem na prawo od otworu drzwiowego do salonu. Tym samym “wymusił” w pewnym sensie postawienie kanapy tyłem do okna, a przodem do drzwi wejściowych (tutaj to owacje już za mało, tu jakiegoś NOBLA trzeba. Z tego miejsca też chciałam ogłosić, że czekam na Wasze propozycje, w jakiej dziedzinie możemy owego dewelopera zgłosić). Jestem również wzruszona na jego pomysł przejścia  przez salon do kuchni, jakby nie można było zrobić drzwi do salonu i do kuchni bliżej siebie i bliżej wejścia do łazienki. Przynajmniej salon byłby bardziej ustawny.

Gdy Bożenka z Michałem wprowadzali się do tego mieszkania byli blisko momentu, gdy ich rodzina miała się powiększyć, oczywistym więc było, że działali szybko i zamiast dostosować mieszkanie do swoich potrzeb od razu, sami dostosowali się do wizji dewelopera odkładając zmiany, jak to zwykle bywa, na później. Niestety, wielkich rewolucji nie dało się zrobić, ale coś tam jednak pokombinowałam i znalazło się miejsce na spory narożnik, dużą komodę pod TV, dwa regały na książki, fotel z podnóżkiem, stolik kawowy i mały stolik na kawę, gdy już człowiek zapadnie się w czeluściach fotelu wraz z ulubiona książką ( z ego miejsca natomiast chciałabym Wam serdecznie polecić dwie pozycje, co dziwne, żadna nie będzie o Japonii, a mianowicie “Małe życie” by Hanya Yanagihara i moja absolutnie ukochana, czyli “Szczygieł”, który wyszedł spod klawiatury Donny Tartt). Jednak zanim przejdę dalej, to taką małą dygresję muszę tu uczynić, albowiem pani Yanagihara ostatnio mi podpadła mówiąc, że jak ktoś ma ułożone książki kolorystycznie, to ich zwyczajnie nie czyta. SERIO? A dlaczego tak bardzo się nie zgadzam i dlaczego moja temperatura uczuć do tejże pani nieco zelżała, to pokażę Wam już niedługo w nowej serii wpisów, zatytułowanej bardzo tajemniczo, bo “Tak mieszkamy”…

Ale wracając do tematu. Nasi bohaterowie umiejscowili TV tam, gdzie deweloper wskazał, jedną kanapę ustawili plecami do okna, a drugą prostopadle do niej, opierając plecami o największą ścianę w salonie. Niestety takie rozwiązanie średnio się sprawdzało, bo owszem, na środku mogli tańczyć (choć tancerzem żadne z nich nie jest, jedyna nadzieja w dziecku), ale nic innego do tego pokoju zmieścić się już nie chciało.

Kilka fotek, jak to wyglądało wcześniej. 

Co zrobiliśmy? Wybraliśmy jeden spory narożnik, który stanął bokiem do drzwi wejściowych. Ścian nie burzyliśmy, nie przestawialiśmy, choćby przez wzgląd na podłogę, Bożenka jednak zdecydowała się na przeniesienie gniazda z mediami oraz, co najważniejsze dorobienie kilku punktów świetlnych na suficie. Do tej pory mieli jedną lampę wiszącą na środku pokoju, co na taki metraż jest po prostu niewystarczające, bo najzwyczajniej w świecie jest niewygodne i niepraktyczne. Światło pozwoliło nam również wydzielić strefy w salonie. Mamy więc dwa punkty ledowe w postaci tub natynkowych nad TV, potrójną lampę wiszącą nad stołem, duuuużą lampę wiszącą nad stolikiem kawowym, a do tego lampę stojącą za fotelem i mała lampkę na komodzie. Jak ułożyła nam się pozostała część mebli najlepiej zobrazuje rzut z góry 🙂

Salon po zmianach, rzut z góry

Stół nie zmienił swojego miejsca i to w sumie jedyny obiekt (wraz z krzesłami), który zostaje ze starego wystroju.Na wejściu po prawej mamy witrynę na książki, dalej fotel z podnóżkiem, szafkę wiszącą, dużą komodę pod TV, stolik i narożnik. Oprócz tego, żeby wykorzystać całość przestrzeni, na krótkiej ściance przy oknie również stanie witryna na książki. Przejścia do kuchni zostało nam wystarczająco, na szczęście na tańce i inne akrobacje już go nie ma ;). Chciałam, żeby każdy kawałek został wykorzystany i chyba nam się udało.

Niedługo będę mogła pokazać efekt finalny, bo ekipa szybko zabrała się za realizację projektu, ściany są już pomalowane, elektryka przeniesiona i wszystko tak naprawdę gotowe na wstawienie mebli. Zanim jednak Bożenka wpuści mnie na gotowe, to pokażę Wam po prostu projekt i to już w tej wersji finalnej, pomijając to, od czego wyszłyśmy 😀 Chciałam tu jednak jeszcze wspomnieć o tym, jaka to duma mnie rozpiera, bo najpierw kazali mi zmienić ścianę z lustrem z granatowej na szarą, a następnie, podczas samego już malowania dostaję wiadomość, w której da się wyczuć pewną nutkę niepewności i pytanie, czy myślę, że jak jednak pomalują tę ścianę z lustrem na granatowo, to będzie ok? Zapytałam tylko, czy chodzi o takie rozwiązanie, jakie sama im zaproponowałam w pierwotnej wersji 😉 Jak się pewnie domyślacie, piękny granat (a naprawdę jest wyjątkowy) rozprzestrzenił się jeszcze na sąsiednią ścianę, ale nie ma co się dziwić, bo kolejną oczywistą oczywistością i prawda najprawdziwszą w świecie, na szczęście już udowodnioną, jest to, że ciemne kolory we wnętrzach mają taką dziwną właściwość, że jak pomaluje się jedną ścianę, to później chce się więcej i więcej 😉

 

Tak więc, podsumowując ten, jak zwykle zresztą, przydługi wywód, chciałam rzec, że jeśli macie jakieś ważne pytania, nierozwiązane do stuleci zagadnienia, nad którymi dumają najtęższe głowy tego świata i nikt nadal na odpowiedź nie wpadł, to najlepiej  odezwijcie się do mnie o projekt pokoju, dwóch albo całego domu, a na pewno wkrótce się okaże, że razem rozpykamy sprawy, o którym to się nawet największym filozofom nie śniło, o!

 

 

Author

Write A Comment

Przypnij