Są deweloperzy, których układy funkcjonalne i pomysły na rozmieszczenie sprzętu domowego są jak najbardziej dobre, przemyślane i prawidłowe, niestety, po tym, co zdążyłam się naoglądać, śmiem twierdzić, że za większość pomysłów odpowiadają albo księgowe siedzące za biurkiem (nie twierdzę, że nie ma takich, które mają dobre pomysły), albo pan Mietek spod warzywniaka, ukochany wujek jednego z członków zarządu, któremu przyśniła się zawrotna kariera (Panu Mietkowi, nie siostrzeńcowi) w branży budowlanej ze specjalizacją budowa mostów, a że tego akurat nie grali i znajomości w tej konkretnej dziedzinie nie ma, to postanowił, przy pomocy rodziny, spróbować swoich sił jako projektant u siostrzeńca w firmie. Ja wiem, że każdy robi po swojemu, każdy lubi inaczej, ma inne potrzeby, pomysły i preferencje, nie mniej jednak są pewne zasady, których warto byłoby się trzymać, zwłaszcza gdy robi się coś dla innych, co ma im służyć często przez całe życie.

Jako że gorzkie żale już wylałam, dając upust dawno tłumionym emocjom, to mogę przejść  w końcu do konkretów. A wyglądają one tak.

Jakiś czas temu zgłosiła się do mnie Edyta i Oscar, z osiedla, które niebawem chyba będzie musiało mi wystawić jakąś tabliczkę albo chociaż dać zniżkę w Żabce na jego terenie 😛 To już moje 5. mieszkanie tam, a drugie dokładnie takie, z jakim już miałam przyjemność 😉 I wydawać by się mogło, że pestka, że już takie robiłam, więc pójdzie z górki, dużo szybciej, łatwiej i bez zbędnych ceregieli, no ale przecież każdy ma inne preferencje, inaczej żyje, funkcjonuje, co innego lubi, co innego jest dla niego/nich ważne. Tak było i tym razem. I choć wiedziałam już, jakie niespodzianki mnie tu czekają, co niewątpliwie było dość sporym ułatwieniem, to problematycznym mogło być to, że naszym bohaterom zależy na szybkim zamknięciu tematu, w związku z czym, przyszli już do mnie nie tyle z pomysłem na kuchnię, co z projektem na nią, który, niestety, dopasowywał się właśnie do szalonej fantazji dewelopera. Fantazja ta polega między innymi na tym, że komin do okapu znajduje się jakieś lata świetlne od miejsca, które deweloper przeznaczył na ów sprzęt, a żeby poprowadzić do niego rurę należałoby przejść niemal do sąsiada. No dobra, przesadzam, ale rurę trzeba ciągnąć aż do salonu, więc jeśli nie chcemy, żeby jakże ozdobna srebrna harmonijka zdominowała nam pół mieszkania, to musimy podwiesić sufit i jakoś ją ukryć. Powiedzieć, że nie jestem fanką podwieszanych sufitów, to mało. Bardziej nie lubię chyba tylko arbuzów, wystąpień publicznych i załatwiania spraw przez telefon, no dobra i fetoru w komunikacji miejskiej, zwłaszcza przy 30 stopniowym upale. Ale serio, na 4. miejscu dałabym chyba te nieszczęsne podwieszane sufity, z kolorowymi światełkami wokół- brrr, na samą myśl boję się bardziej niż wyliczanki z Ulicy Wiązów (Pamiętacie Freddiego Krugera, prawda?). Ja rozumiem zasadność takich rozwiązań w super wysokich kamienicach z elektrycznym ogrzewaniem, gdzie co miesiąc trzeba się zastanawiać, czy tym razem zastawimy w osiedlowym lombardzie TV czy może opchniemy nerkę lub kawałek wątroby na czarnym rynku, a i tak, opłaty za prąd są tak wysokie, że starczy nam na pokrycie co najwyżej połowy wymaganej kwoty. Ale nie wtedy, gdy mamy mieszkanie w nowym bloku, z centralnym, które ma jakieś 260cm, co, nie ukrywajmy, nie jest jakimś szczytem marzeń przeciętnego człowieka, jeśli o wysokość lokum chodzi. Do tego dochodzi lodówka i piekarnik w słupku tuż przy oknie, czego generalnie się nie robi, bo zabiera nam całe naturalne światło, zwłaszcza gdy w dalszej kolejności mamy blat roboczy, który owego światła dzięki zabudowie nie ujrzy chyba nigdy.

Zakasałam więc rękawy, odchrząknęłam na zachętę i stwierdziłam, że raz kozie śmierć, ale zaproponuje układ, który będzie sensowniejszy, no i który będzie miał choć odrobinę więcej miejsca do przechowywania. Bo co jak co, nawet gdy wiele nie gotujemy, a do kuchni wchodzimy tylko po to, żeby sprawdzić, czy przez ostatnie 7 minut nic magicznie w lodówce nie przybyło, to te szafki jednak są potrzebne. Nawet jeśli w przyszłości okaże się, że na wyższej półce zamiast brązowego ryżu trzymamy rolki i kask albo karimatę na jogę, na którą wybieramy się od 2009 roku. I tym oto sposobem, lodówka z piekarnikiem zamiast przy oknie, stanęły na drugim końcu ściany, a na ścianie do nich prostopadłej pojawiła się zabudowa głęboka na 30cm i szeroka na 80cm, która idealnie nada się na słoiki od mamy 😀 Do tego “pochowaliśmy” szuflady za frontami z jednego kawałka, wyrównaliśmy szafki, żeby miało to ręce i nogi i nie powodowało niepotrzebnego dyskomfortu psychicznego, a także postawiliśmy stół na 4 osoby.

Cieszę się bardzo, bo układ się przyjął i, mimo że wymaga to przenoszenia instalacji, będzie dużo sensowniejszy i funkcjonalny niż to, co Pan Mietek miał w swoim zamyśle.

W tym mieszkaniu miało nie być bieli, która miała być zastąpiona uniwersalnym szarym. Do tego dużo drewna, trochę loftowej cegiełki i tym oto sposobem powstało nam to, co możecie zobaczyć poniżej 🙂

Endżoj!

Author

Cześć, mam na imię Kamila i jak nietrudno zauważyć projektuję sobie wnętrza. Tzn. projektuję je głównie innym, choć i dla siebie od czasu do czasu coś zrobię ;) Nie przepadam za minimalizmem, lubię wnętrza pełne, funkcjonalne, takie typowo do życia, ale przy tym ładne i ciekawe ;) Choć w minimalizm też umiem! :) Jeśli szukasz inspiracji lub projektu swojego domu, mieszkania lub tylko jednego/kilku pomieszczeń, to zapraszam, chętnie pomogę. Wszystkie informacje znajdziesz w zakładce USŁUGI. Znajdziesz tu projekty wnętrz, układy funkcjonalne i trochę prywaty z własnych czterech kątów :)

Write A Comment

Przypnij